Bonne mim:
— No to
Bonne mim: — No to chociaż wynieś mi jedno pełne wiadro tam, do tych irysów! Bo poschną... Udało się. I oto przykucnięta przy grzędzie na już obeschłej ścieżce robię patykiem dołek między kłączami irysów i kubkiem nalewam wody z kubła. Miałam rację. Wsiąka! Tylko że woda już się kończy i następne wiadro będę musiała sama przynieść... A może poprosić Frani? Dzisiaj była wczesna kolacja, bo Frania ma prasowanie. Jak zwykle o tej porze maciejka pachnie najsilniej. Ponad prawie niewidzialnymi siatkami małe ogrody sąsiedzkie łączą się w jeden wielki, o zielonych ścianach, za którymi słychać głosy — i znajome, ciche ni to szelesty, ni szumy. U Arciszewskiego puszczono srebrnym łukiem wodę z gumowego węża. U Kutyłowskich cierpliwie kręci się wymyślny wiatraczek, prószący deszczem wokoło na trawniki. U nas nie ma wiatraczka ani węża. Z kranu w ścianie domu napełniamy wkopaną w ziemię beczkę. Z beczki nosimy kubłem w ogród. Już drugi kubeł przyniosłam. Palcem próbuję pod floksami, rozgarniam ziemię, gdzie sucha, i leję powoli kubkiem jak w spragnione usta. Ale jednak trzeba przyznać, że dobrze padało, bo ziemia prawie wszędzie wydycha w ciemności jeszcze ciepłą po dniu, pachnącą latem wilgoć. Zaświeciło się okno w naszym pokoju na górze. Dalej piszesz. Co piszesz w nowym grubym brulionie, pod dzisiejszą datą? Robi się dobrze ciemno. Ucichły pluski, szmery. Ludzkie gadania cofnęły się na małe tarasy bliźniaczych domków kolonii, z tarasów tam i z powrotem przechodzą do wnętrz i wypływają w ciemność z jasnych otwartych okien. A ja tu jeszcze rozważam, gdzie dać tę resztę wody z trzeciego kubła. Sama sadziłam, więc na pamięć trafiam po ciemku — kolorowy łubin, chińskie goździki, jeszcze mały klon, który jakoś sam się zasiał... Wszystko trzeba podlać. Więc chodzę od jednego do drugiego. Chodzę i jednocześnie myślę, o czym będę pisała w nowym grubym brulionie. Bo ty pewnie zaraz skończysz i zejdziesz tu na dół. I będziesz gwałtem naglił, żebym i ja coś napisała dzisiaj. Koniecznie dzisiaj. O elementach życia tak zwanych prostych ludzi tu, na przedmieściu? O pelargoniach, mirtach i gąsiorach za szybami małych okien, nigdy nie otwieranych? O fotografiach na komodzie albo nad komodą? O tych krewnych z Ameryki na ścianie, o patentach rzemieślniczych w ramkach? O pluszach, kapach i serwetach? Tyle tego widziałam! Tyle tego oboje widzieliśmy, przedtem każde oddzielnie i potem — jako „oboje\". Mężczyźni wsparci o framugi wiecznie otwartych drzwi. Szwagrowie przygrywający od okna na harmonii. Przedwcześnie postarzałe kobiety, wycierające fartuchem krzesełko dla gościa... Dzieci! Te starsze — nieuważne, aroganckie, zajęte swymi sprawami. Inne niepewne, spłoszone. Jeszcze inne wykrętne, skarżące na siebie wzajemnie. A wszystkie bez lalek i piłek, w ogóle bez zabawek. Są i takie, przeważnie najmłodsze z rodzeństwa, co spod stołu, od kuchni, ze swojego kąta chłoną, piją oczami codzienne spektakle, codzienne awantury, niecodzienną odświętność. Widzieliśmy takie dzieci w rozmaitych wnętrzach jednego „mieszkania\" z kuchnią — krytyczne, cyniczne, poważne, smutne. Mali znawcy życia. Nazywamy je w skrócie, obejmując wszystkie — Lodzia i Waldek. W robotniczych wnętrzach są nam jakby najbliższe. Patrzą i widzą. Co to jest — patrzeć? I co to jest — widzieć? Patrzeć — nie widząc. I widzieć — nie patrząc. Więc na co spoglądamy? I co chcemy widzieć? Tajemnice uwagi — chyba najtrudniejsze... Przed nami gruby nowy brulion i zielone lato. 24 lipca Podpisaliśmy dzisiaj umowę z firmą Braci Drapczyńskich na dwie młodzieżowe książki. Zapowiada się cykl z Wasilewską, Konarskim itd. Niby mimochodem wspomniałem o Zandbergu — także mimochodem zaraz poparła mnie Hela, że
Poprzedni - Potem — nieNastępny - Jaką to ja